ECOS DE UNA VOZ | ROMAN HONET

Roman Honet ablucionistas

 

Selección de poemas de Roman Honet (1974, Polonia) en traducción de Ada Trzeciakowska.

 

ecos de una voz

el tiempo no entiende de atrocidades,
salvo el silencio después de nosotros. cada verano
quema el suelo un alud de huellas de ayer,
el río lava los labios hinchados al morder
los frutos de espino y las letras oscuras
de una carta rota en silencio. aún
pertenecemos a fuegos pretéritos,
destellos tan puros como el pálido conde st ives,
a su regreso de inglaterra*. las semanas
saturan la sangre con hueso espumado,
cuando nos sorprendemos en el ascensor,
hospital, espejo. oscuridad
círculos en el agua, profundidad abismándose.
hasta aquí hemos llegado

* Alusión al protagonista de la novela de R.L Stevenson St. Ives: Las aventuras de un preso francés en Inglaterra

 

echa jednego głosu

czas nie zna żadnych okrucieństw,
oprócz ciszy po nas. każdego lata
pali ziemię lawina wczorajszych śladów,
rzeka obmywa usta spuchnięte od rozgryzania głogu
i ciemnych liter na brzegach podartego
w milczeniu pisma. ciągle jeszcze
należymy do minionych pożarów,
odblasków czystych jak wracający z anglii,
blady hrabia st ives. tygodnie
nasycają krwiobieg spienioną kością,
kiedy przyłapujemy się w windach,
szpitalach, lustrach. ciemność
okręgi wody i zwijające się głębia.
aż tu doszliśmy

 

el mar

la mujer se levanta de la orilla,
se va. con ella desaparecen -los residuos y los rostros enfundados
en papel de aluminio calentado,
quédate -un suspiro jamás oído
o un aullido. la mujer se levanta de la orilla,
con ella el fuego, el crepúsculo-
el mar se hace un ovillo,
hirviendo por su sombra -de noche se enfriará,
la evaporará, escupirá todo
lo que la recuerda

 

morze

kobieta wstaje znad brzegu,
odchodzi. wraz z nią znikają – śmieci i twarze obleczone
w nagrzaną, aluminiową folię,
zostań – to niesłyszane nigdy westchnienie
lub skowyt. kobieta wstaje znad brzegu,
za nią pożar, zmierzch –
morze zwija się w okrąg,
wrzące od jej cienia – w nocy ostygnie,
odparuje go, wypluje wszystko,
co ją przypomina

 

despedida de i.k.

nos separamos con rapidez y en silencio
para no alimentar la memoria.
me deja el dentífrico, las tazas,
el jabón en gel. comparte. cógelo.
se hará de noche. llévatelo.
noche de nuestra primera nochebuena.
cuando me abrazó, cuando me sorprendió el resplandor
de un balcón y los pinos que se erguían lejos,
cuando pertenecía a alguien
quien dice la verdad a través de la nieve
y a través de la llama

ahora la ceniza soy yo, es lo mío

 

pożegnanie z i.k.

rozstajemy się szybko i cicho,
żeby pamięć nie miała pokarmu.
daje mi pastę do zębów, kubki,
mydło w płynie. dzieli się. weź.
przyjdzie noc. zabierz.
noc naszej pierwszej wigilii,
gdy mnie przytuliła, gdy uderzył mnie blask
ze sterczących w oddali balkonu i sosen,
gdy należałem do kogoś,
kto mówi prawdę przez śnieg
i przez płomień

teraz popiół to ja, to moje

 

un puñado de sal

el mundo se ha vuelto mucho más hermoso –
por ejemplo, ahora tenemos un gran número de oficinas bonitas
Laurie Anderson

un pueblo situado entre las colinas,
tus tardes e inviernos: ante nosotros, la eternidad.
tu cementerio. allí perforamos agujeros en el suelo
y echábamos sal en ellos para que los muertos
pudiesen preparar sus platos.
y derretir el hielo
(porque el hielo hace resbalar a los muertos,
y la cocina de los muertos está vacía sin sal)
(no estoy segura de que
si alguna vez entendí lo que significaba.
es maravilloso). algo no existía, y luego sí)
vivo en el pasado invierno,
para mí esos días aún continúan. champán
y los niños de plata en la helada, cuando clamaron,
rotos al correr: ¿dónde está el kapo,
dónde está el comandante del campo,
dónde está tu reino,
piedra?
(me gusta inventar cosas nuevas.
parecería que lo sabemos todo, pero no es así.
hace poco hablé con una adiestradora de perros)
piedra, tú -en piedra-,
mi congelado susurro cuando digo -allí-,
en cojines de latón y cal,
en los parques donde las lámparas zumban como minas de ácido,
en el huerto junto a esa casa,
junto a ese lago -duerme,
duerme-
(esta vez sólo dispondré de palabras.
lo que me inquieta y emociona)
que no te falte la sal

 

garść soli

świat stał się o wiele piękniejszy –
na przykład mamy teraz bardzo dużo ładnych biur
Laurie Anderson

miasteczko leżące między wzgórzami,
twoje wieczory i zimy: przed nami – wieczność.
twój cmentarz. tam wierciliśmy otwory w ziemi
i sypaliśmy w nie sól, ażeby umarli
mogli przyrządzać posiłki
i roztapiać lód
(lód bowiem powoduje ślizganie się zmarłych,
a kuchnia zmarłych pusta jest bez soli)
(nie jestem pewna,
czy kiedykolwiek rozumiałam, co to znaczy.
to zachwycające. czegoś nie było, a potem jest)
żyję minioną zimą,
dla mnie tamte dni wciąż trwają. szampan
i srebrne dzieci na mrozie, kiedy wołały,
przetrącone w biegu: gdzie oboźny, gdzie kapo,
gdzie królestwo twoje,
kamieniu?
(lubię wymyślać nowe rzeczy.
wydawałoby się, że wszystko wiemy, a to wcale nieprawda.
rozmawiałam ostatnio z trenerką psów)
kamieniu, ty – w kamieniu,
mój szept zmrożony, kiedy mówię – tam,
na mosiężnych poduszkach i wapnie,
w parkach, gdzie lampy szumią jak kopalnie kwasu,
w sadzie przy tamtym domu,
nad tamtym jeziorem – śpij,
śpij
(tym razem będę miała do dyspozycji tylko słowa.
jestem tym bardzo przejęta)
niech ci nie zabraknie soli

 

tal amor no existe

esa mano levantada encima de la cabeza,
un instante de embarazo entre el aire
y la piel -restituido tan de repente,
imposible de arreglar-. ancianos

involucrados en el intento de hallar defectos
en lo que pudo haberse roto
cuando eran jóvenes,
y lo que no se ha roto y atormenta

aún. me vas a recordar como a una noche,
tú no me vas a echar a otro cuerpo
-todavía lo oigo-no existe
la voz que pueda ser olvidada,

no existe el amor
después del cual uno no tenga que temblar.

 

nie ma takiej miłości

ta ręka uniesiona nad głową,
chwila zakłopotania między powietrzem
a skórą – tak nagle przywrócone,
nie do naprawienia. starcy

wplątani w próbę znalezienia skaz,
w tym, co mogło się zepsuć,
kiedy byli młodzi,
a co się nie zepsuło i doskwiera –

wciąż. ty zapamiętasz mnie jak jedną noc,
ty mnie nie wygnasz do innego ciała –
jeszcze to słyszę – nie ma
takiego głosu, który się zapomni

nie ma takiej miłości,
żeby potem nie trzeba się samemu trząść

 

el pan rojo

cuando a través de una leve tarde, hedionda,
cuando corrimos al parque de noche. Ahí el ciego
entraba en la niebla, la hacía trizas y la mordía,
para que deviniera un pasamanos. el animal en la piel del hombre,
guarnecida con trapos de terrazas doradas,
se revolcaba delante de nosotros
a esa hora que se desvanecía,
como si nada hubiera encontrado en el pesebre
y estuviera obligado a devorar
lo que le quedaba dentro-
su navaja, su pan rojo

 

czerwony chleb

gdy przez wieczór lekki, śmierdzący,
gdy biegliśmy do parku na noc. tam ślepiec
wchodził w mgłę, szarpał ją i gryzł,
by zamieniła się w poręcz. zwierzę w ludzkiej skórze,
obszytej gałganami ze złotych tarasów,
tarzało się przed nami
w tej znikającej godzinie,
jakby nic nie znalazło w korycie
i musiało żreć to,
co mu zostało w środku –
swoją brzytwę, czerwony chleb

 

bailando entre las vacas

cuerpos con los que jugaba a la pelota,
saltaba al río al ponerse el sol
y besaba las navajas sobre un blanco terraplén,
me husmearon, me encontraron

y salieron de la tierra desnudos
y corren hacia mí atravesando prados, bailando entre las vacas,
y cada uno lleva un perro colgando del cuello
como un chal. un chal

la noche me descubre,
quién he sido ya. quiénes éramos
juntos -una llamada a las criaturas
hendidas por la cinta helada del relámpago

ingredientes de la nieve: zumbido y desinformación,
resplandor para recibir al muerto/
muerta -esperaba, llorando.
era tu ojo

 

tańcząc wśród krów

ciała, z którymi grałem w piłkę,
wskakiwałem do rzeki o zmierzchu
i całowałem noże na białym nasypie,
wywęszyły, odnalazły mnie

wyszły z ziemi nagie
i biegną do mnie przez łąki, tańcząc wśród krów,
i każde ma na szyi psa
jak szal. jak szal

noc mi odkrywa,
kim już byłem. kim byliśmy
razem – przywołanie istot
przeciętych mroźną szarfą błyskawicy

składniki śniegu: szum i deformacja,
blask na przyjęcie zmarłego/
umarłej – czekałem, płacząc.
byłem twoim okiem

 

27. 08. 2000

aquella noche,
como en un niño jugando dentro del transformador,

pensaba en aquellos que viven en las estrellas,
donde las cosas están muertas y son incesantes

 

27. 08. 2000

tej nocy,
jak o dziecku bawiącym się w transformatorze,

myślałem o tych, którzy mieszkają w gwiazdach,
a rzeczy w gwiazdach są martwe, nieustające

 

ese negro se llama tierra

ese negro se llama tierra
y su ataúd-
resplandor sobre el cual cicatriza el cielo. muchachos
levantan sus carbonizadas bicicletas, arnés jugoso
de las zarzamoras. ese alejarse de los lugares primeros
meticulosamente marcados sobre el plano
de una remota tarde, rubí
acomodándose como mosto en las garrafas, brillo de
estaño. alguien pronto vendrá a por nosotros
y con fervor reproducirá el trascurrir de las temporadas,
explicará intrincados juegos. de momento
conviene tocar la piel raspada en los codos,
permanecer en la hierba,
hurgar en las tumbas

 

ta czerń nazywa się ziemia

ta czerń nazywa się ziemia
a jej trumna –
łuna, nad którą goi się niebo. chłopcy
unoszą zwęglone rowery, soczystą uprząż
ostrężyn. to oddalanie się od pierwszych
dokładnie zaznaczonych miejsc na planie
pewnego odległego wieczoru, rubin
moszczący się w butlach, blask
cyny. wkrótce ktoś po nas przyjdzie
i z żarliwością będzie odtwarzał przebieg sezonów,
wyjaśniał zawiłe gry. na razie
warto dotykać wytartej skóry na łokciach,
trwać w trawie,
grzebać w grobach

 

la leyenda blanca sobre las barcas y sus pueriles timoneles

el cielo vuelto de lado por engranajes huecos
de las galácticas estivales, los curanderos de ciudades enteras
que sustituyen nostalgia por otra peste. la sosa caustica se va evaporando,
las partículas de cesio vibran en las conchas
de acero -el hallazgo preferido de gerbert
de aurillac, baluarte de luz-. en la lejanía
se hunden los semáforos, un susurro secular
del viento que funde los enseres y metales en un dulce
y asfixiante polvo. y también aquella mano,
levantada, los ojos entreabiertos,
aquel deambular por los polígonos
estivales perdidos en el bosque.

y también aquella,
la leyenda blanca sobre las barcas y sus pueriles timoneles,
sobre nosotros, hermanos y hermanas en las afiladas entrañas de las esferas

 

biała legenda o łodziach i ich dziecinnych sternikach

niebo zwrócone na bok od wydrążonych przekładni
letnich galaktyk, uzdrowiciele miast
zastępujący tęsknotę inną dżumą. paruje ług,
drobiny cezu wibrujące w stalowych
konchach – ukochane odkrycie gerberta
z aurillac, opoki światła. w oddali
zapadają się semafory, odwieczny szelest
wiatru przetapiający sprzęty i metale w słodki,
duszący pył. a jeszcze tamta dłoń,
podniesiona, oczy zmrużone,
tamta wędrówka po letnich,
leśnych poligonach.

i jeszcze tamta,
biała legenda o łodziach i ich dziecinnych sternikach,
o nas, siostry i bracia w ostrych wnętrzach kul

 

manzanos

tal vez vea: el año
en que los cachorros caían en el río
y no se hundían en el agua tensa,
el remover el carbón junto a la panadería,
en él una estrella, visible únicamente
al entrecerrar los párpados, alumbra y guía a los
que nunca la buscaron, no la querían
mirar. como el amor:
fuerza con la que se empuja
a la gente y las cosas para que no se apeguen,
y sin embargo sigan cerca. como
nosotros. como la hierba. creo
-pues no es la muerte-. fue así de sencillo,
justo delante de nosotros de repente creció un huerto
y yo me he quedado,
y tú has penetrado entre los manzanos,
manzanos blancos del humo del crematorio

 

jabłonie

może widzę – rok,
gdy szczenięta wpadały do rzeki
i nie tonęły w naprężonej wodzie,
rozgrzebywanie węgla przy piekarni,
w nim gwiazda, widoczna wyłącznie
dzięki zmrużeniu powiek, przyświecająca tym,
którzy jej nie szukali, nie chcieli
oglądać. tak jak miłość –
siła, z jaką się odpycha
ludzi i rzeczy, by nie przylgnęli,
lecz byli w pobliżu. tak jak
my. jak trawa. myślę –
więc nie śmierć. po prostu tak było,
że tuż przed nami nagle wyrósł sad
i ja zostałem,
a ty weszłaś między jabłonie,
białe jabłonie z dymu z krematorium

 

la delicadeza de los elementos

la oscuridad lo abarca todo,
pero nada toca. el mar
la forma de tu mano que lo ha partido
ha transformado en alargadas y transparentes piedras
las capas más bajas del agua. recuerda.
el invierno. la luna como el ojo del conejo
enmarcado en un cuadrado de papel de plata -allí viven aquellos
que cortan las piernas
y donde crece la nieve-. cada año
te enciendo el fuego. entro dentro de él tal
como entrábamos al parque, cuando después de cada día nuestro,
nublado o apacible, cada noche nuestra
regresaba mi felicidad y tú

 

delikatność żywiołów

ciemność ogarnia wszystko,
lecz nie dotyka niczego. morze
kształt twojej dłoni, która je przecięła,
zmieniło w długie, przezroczyste kamienie –
niższe piętra wody. pamięta.
zima. księżyc jak oko królika
wprawione w kwadrat z posrebrzanego kartonu – tam żyją ci,
którzy obcinają nogi
i rośnie śnieg. każdego roku
zapalam ci ogień. wchodzę w głąb niego tak,
jak wchodziliśmy do parku, gdy po każdym dniu naszym,
chmurnym czy pogodnym, każdej naszej nocy
wracało moje szczęście i ty

Nota biográfica

Roman Honet (1974, Polonia) es un poeta polaco, editor de la revista bimestral de literatura y arte Studium (1995 – 2008) y de los libros publicados en la biblioteca de la revista. Ganador de premios literarios, entre ellos el Premio de Poesía Wisława Szymborska 2015. Editor de la revista LiterackaPolska.pl.

Representa la corriente de imaginación envalentonada (término propuesto por Marian Stala) en la poesía polaca reciente; se le considera uno de los nuevos existencialistas.

Es profesor de escritura creativa en el Colegio Artístico y Literario de la Universidad Jagellónica en Cracovia.

Ha publicado en numerosas revistas literarias, como Nowy Nurt, Odra, Topos, Opcje, Ha!arth, Pracownia, Kartki, Kwartalnik Artystyczny, Kresy, Pro Arte (revista), Fraza, Gazeta Wyborcza, Tygodnik Powszechny, y en numerosas antologías en Polonia y el extranjero.

Su obra ha sido traducida al inglés, alemán, ucraniano, ruso, danés, búlgaro, lituano, checo, eslovaco, esloveno, serbio y español.

Leave a Comment

Categorías