PERSEGUIDOS POR EL MIEDO | ANDRZEJ STASIUK

Andrzej Stasiuk
12 Vistas

*** (PERSEGUIDOS POR EL  MIEDO)

Perseguidos por el miedo
u otros animales cuya
belleza iguala al espanto,

los humanos se reúnen
a orillas de los lagos.
Los barqueros de rostros tapados
señalan los remos mojados hasta el puño.

Este viaje, amor mío,
recuerda a un sueño o
vestíbulo de la muerte.

La imaginación no vuela
fuera del bestiario cotidiano
oculto en el verdor y acuáticos ojos
del jardín de paraíso.

*** (ŚCIGANI PRZEZ STRACH)

Ścigani przez strach
albo inne zwierzęta, których uroda
dorównuje grozie,

ludzie spotykają się u brzegów jezior.
Przewoźnicy o zakrytych twarzach
wskazują na wiosła zmoczone po rękojeść.

Ta podróż, moja miła,
przypomina sen albo
sień śmierci.

Wyobraźnia nie wybiega
poza powszednie bestiarium
ukryte w zieleni i wodnych okach
rajskiego ogrodu.


***

En la ciudad donde en distintos barrios la muerte
tiene el mismo aspecto y los tristes parroquianos de cafés
arrojan aún más palabras a las leyendas,
las campanas apaciguan el aire, mas el amor no llega.

En las casas en el desierto unos hombres azules mantienen
el mundo en equilibrio. Todos los amantes están muertos.
Murieron al alba a la hora de los cuerpos vaciados.

Cien hombres presos y desnudos se encuentran en la casa de baño.
Envueltos en una remota tristeza de nubes de vapor,
entre la prisa herrumbre y el ansia de sus cuerpos
hechos de cicatrices y heridas adquieren levedad,
el brillo de nostalgia -singular en el mundo de la satisfacción-.

Aunque las campanas apaciguan el aire, el amor no llega.
En las ciudades -lugares de leyendas y tesoros- las palabras
tintinean en los cafés. Y todos resultan tan cansados
que dejan pasar las noches esperando en vano.

W mieście, gdzie w różnych dzielnicach śmierć
wygląda tak samo a markotni bywalcy barów
dorzucają do legend kolejne słowa,
dzwony uciszają powietrze, lecz miłość nie nadchodzi.

W domach na odludziu błękitni mężczyźni utrzymują
świat w równowadze. Wszyscy kochankowie są martwi.
Umarli o świcie w porze opróżnionych ciał.

Stu uwiezionych nagich mężczyzn spotyka się w łaźni.
W niewiarygodnym smutku kłębów pary,
między pośpiechem rdzą i żądzą ich ciała
ulepione z blizn i ran zyskują lekkość,
niespotykany w świecie spełnień blask tęsknoty.

Choć dzwony uciszają powietrze, miłość nic nadchodzi.
W miastach – miejscach legend i skarbów słowa
pobrzękują w barach. I wszyscy tak znużeni,
że przeczekują noce.


DE “AVIÓN DE CARTÓN”

EL ROSTRO DE SAMUEL BECKETT

Creo profundamente que entre el escritor y su obra surge una relación psicosomática. Fotografiar a los autores debería ser la única y aceptable forma de ilustrar los libros. Nada de comentarios, justificaciones, prólogos, ni disculpas sino ciclos de instantáneas accidentales y banales que muestren los rostros, las manos y las siluetas. Nada de estúpidos estantes llenos de libros, y en el fondo únicamente el gris, el negro o el blanco -colores neutros y despiadados-. A lo mejor eso nos habría salvado de tantas y tantas decepciones a la vuelta de la librería.
Por supuesto, eso también se reduce al juego de la imaginación. Y no es poco. ¿Acaso hay algo más fascinante que mirar al sujeto que engendró el pensamiento?
Posiblemente el éxito del comic se debe en cierto grado a su recurso algo pornográfico: miramos un rostro humano y, a la vez, en el bocadillo podemos leer sus pensamientos y deseos más secretos. Es un placer al alcance solamente de los dioses.
El rostro de Samuel Beckett en las fotografías hechas al final de su vida parece un mineral. Como si su objetivo habría sido alcanzado. Todas las palabras han sido investigadas, gastadas, rechazadas; queda un mudo persistir. No queda ni rastro del parloteo de Vladimir ni Estragon, tampoco queda la espera – ese último y el más desesperado de los atributos humanos. Resultó ser una ilusión que uno debe atravesar para callar definitivamente. En el drama el habla siempre es una función del tiempo -acorta la espera-. Al callar nos entregamos a la eternidad.
Puedo imaginar cómo por el rostro de Samuel Beckett caen las gotas de la lluvia, no obstante, ni se me ocurre que podría levantar la mano y borrar las marcas de la humedad de sus mejillas hundidas o proteger los ojos del sol con una mano. Recuerda la fisionomía típica para viejos campesinos, perecidos a unos espejos plásticos en los que ha quedado petrificado el reflejo de la tierra: inerte, monótono e infinito. Ni la lluvia, ni el bochorno, ni siquiera la inconstancia propia de la juventud, ni la estupidez y tampoco la esperanza le tienen acceso.
Samuel Beckett mengua. En las fotografías de la juventud es un hombre apuesto, con el pelo peinado hacia arriba y con la cara alargada. En una de ellas recuerda a capitán Kloss. Pero su mirada es más penetrante. Sin lugar a dudas tenía que gustar a las mujeres, por ejemplo, a la hija de Joyce.
Con el paso de los años su cuerpo se encoge. Sin perder nada de la nobleza del homo erectus, cada vez más se concentra alrededor de su eje vertical. Casi como si su esqueleto tuviera un poder magnético sobre la piel y los músculos, los atrajera sin quitarles la forma ni la armonía exterior. Entre los huesos y el mundo exterior queda un mínimo indispensable para para la protección de la vida. Nada de grasa, nada de la belleza vacía e inflada del varón. Se podría decir que llega a ser un jeroglífico ideal de la humanidad o una letra. El, investigador de la muerte en vida, se asemeja al objeto de su estudio para, al final de sus días, alcanzar la perfección de un cráneo vestido de piel. Aquel es el umbral del conocimiento beckettiano, su umbral de posibilidades.
En realidad, si no fuera por las gafas, se podría tomar esa cara por una escultura, por una representación simbólica del destino, cuya esencia es una perdida permanente de lo que la individualidad humana pretende almacenar, guardar y recoger. Resulta paradójico y sintomático que la abundancia de las vivencias, experiencias, sabidurías y cosas les sea dada a la gente mayor. Todo lo alcanzan en el momento en el que la pérdida es su única perspectiva.
Samuel Beckett le ganó en astucia al destino. Permitió que se instalar en sus obras igual que en su cuerpo. La vivacidad y locuacidad de sus creaciones tempranas: Molloy, Watt, la payasada fatal de Vladimir y Estragon, el mundo petrificado de Hamm y Clov, todo aquello tiende inevitablemente al límite marcado por Me, el yo, donde los personajes desaparecen dejando detrás de sí únicamente el habla, y después, el aliento en el cual todo desaparece. Los textos son cada vez más cortos, el autor cada vez más delgado.

Z “TEKTUROWY SAMOLOT”

TWARZ SAMUELA BECKETTA

Wierzę głęboko, że między pisarzem i jego dziełem zachodzi psychosomatyczny związek. Jedyną dopuszczalną formą ilustracji książek powinny być serie zdjęć ich autorów. Nie komentarze, nie usprawiedliwienia i przedmowy, nie przeprosiny, posłowia, ale cykle przypadkowych, banalnych ujęć, pokazujących twarze, dłonie i sylwetki. Żadnych idiotycznych polek z książkami, w tle tylko szarość, czerń albo biel – kolory obojętne i bezlitosne. Być może oszczędziłoby to nam wielu rozczarowań po powrotach z księgarni.
Oczywiście, to tez tylko gra wyobraźni i nic więcej. Albo aż tyle. Bo czy może być coś bardziej fascynującego niż oglądanie przedmiotu, który zrodził myśl?
Niewykluczone, że powodzenie komiksu oparte jest w znacznym stopniu na nieco pornograficznym chwycie: oto oglądamy ludzką, konkretną twarz i jednocześnie w komiksowym dymku możemy odczytać jej, twarzy, najskrytsze myśli i pragnienia. Jest to rozkosz dostępna jedynie bogom.
Twarz Samuela Becketta na fotografiach robionych pod koniec jego życia przypomina minerał. Zupełnie tak, jakby cel wreszcie został osiągnięty. Wszystkie słowa zbadane, użyte, odłożone na bok; pozostało nieme trwanie. Po paplaninie Vladimira i Estragona nie ma śladu, nie ma tez oczekiwania – tego ostatniego i najrozpaczliwszego z ludzkich atrybutów. Okazało się, jak wszystko inne, iluzją, przez która trzeba przejść, by zamilknąć ostatecznie. W dramacie mowa jest zawsze funkcją czasu – skraca oczekiwanie. Jeżeli milkniemy, to tym samym oddajemy się wieczności.
Mogę sobie wyobrazić, jak po twarzy Samuela Becketta spływają krople deszczu, lecz nigdy nie przychodzi mi do głowy myśl, że mógłby on podnieść dłoń i zetrzeć wilgoć z zapadniętych policzków albo przesłonić ręką oczy przed słońcem. Fizjonomie starych wieśniaków są podobne. Przypominają plastyczne lustra, w których zastygło odbicie ziemi: bezwładne, monotonne i nieskończone. Ani slota ani upal, ani zmienność właściwa młodości, głupocie i nadziei nie maja do nich dostępu.
Samuel Beckett się zmniejsza. Na zdjęciach z młodości jest przystojnym, zaczesanym do góry mężczyzną o pociągłej twarzy. Na jednym przypomina nawet kapitana Klossa. Ma tylko bystrzejsze spojrzenie. Na pewno podobał się kobietom, chociażby córce Joyce’a.
Z biegiem lat jego ciało się kurczy. Nic nie tracąc ze szlachetności homo erectus, coraz bardziej skupia się wokół swojej pionowej osi. Zupełnie tak, jakby szkielet miał magnetyczna władze nad skora i mięśniami, przyciągał je, nie odbierając im kształtu ani zewnętrznej harmonii. Pomiędzy kośćmi a zewnętrznym światem pozostało niezbędne dla ochrony zżycia minimum. Żadnego tłuszczu, żadnej próżnej, rozdętej urody ludzkiego samca. Można by rzec, że staje się idealnym hieroglifem człowieczeństwa albo pisarskim znakiem. On, badacz śmierci za zżycia, upodabnia się do przedmiotu własnych studiów, by u schyłku lat osiągnąć w tym mimetyzmie doskonałość czaszki obciągniętej skora. To jest próg Beckettowskiego poznania, próg możliwości.
Właściwie, gdyby nie okulary, można by te twarz wziąć za rzeźbę, za symboliczne przedstawienie ludzkiego losu, którego istota jest permanentną utratą tego, co ludzka indywidualność usiłuje zgromadzić, przechować i zaoszczędzić. Paradoksalne i znamienne jest to, że obfitość przeżyć, doświadczeń, mądrości i rzeczy staje się udziałem ludzi starych. Osiągają to wszystko w chwili, gdy jedyną perspektywą jest strata.
Samuel Beckett przechytrzył los. Pozwolił, by zamieszkał w jego dziełach tak samo jak w jego ciele. Ruchliwość i wielomowność jego wczesnych kreacji: Molloya, Watta, fatalistyczna clownada Vladimira i Estragona, zastygający świat Hamma i Clova, wszystko to zmierza nieuchronnie ku granicy wyznaczonej przez Me ja, gdzie postacie znikają, pozostawiając po sobie tylko mowę, i dalej, po Oddech, w którym znika wszystko. Coraz krótsze teksty, coraz chudszy autor.


POEMAS 1

Así que deberíamos acudir aquí,
a estos interiores sobrios y vacíos. Hoy,
cuando no tenemos nada que llevar, nada
que tenga peso, nada
salvo cargas personales que
nunca nadie para nada

Deberíamos venir justo antes del alba
cuando fuera de la ciudad se oye el llanto de los trenes,
los pájaros duermen aún y de la oscuridad
queda un jirón;
cuando nadie coge las llamadas,
y a nadie encontraremos aquí.

Después de una larga noche
cuando nos despierta el miedo, pero
ya no sabemos pasarlo y,
calzados, bajamos a comprobar
si hay alguien en el pasillo.
Sin embargo, está vacío, más allá también,
y así llegamos hasta el fin del mundo.

WIERSZE. 1

Tak, tu powinniśmy przychodzić,
do próżnych i surowych wnętrz. Dziś,
kiedy nie mamy nic do przyniesienia, nic
co by miało ciężar, nic
prócz ciężarów własnych które
nikomu nigdy na nic.

Powinniśmy przychodzić tuż przed świtem
gdy za miastem słychać płacz pociągów,
ptaki jeszcze śpią a ciemności
został ledwo skrawek;
gdy nikt nie odbiera telefonów, wtedy
gdy nie zastaniemy tu nikogo.

Po jakiejś długiej nocy
gdy strach nas budzi lecz już
nie umiemy się przestraszyć i
po prostu, w butach, idziemy sprawdzić
czy nikt nie stoi w przedpokoju.
Lecz tam jest pusto, tak samo dalej,
aż dochodzimy do samego końca świata.


EN MI DESASOSIEGO

En mi desasosiego, en tu sosiego*
el lobo y el zorro se detuvieron inmóviles:
El corzo a medio salto, la oca a un cuarto del grito
como parejas heráldicas que alaban la inevitable muerte.
Pero así no, amor mío, así no:
Hay en ello una suavidad igual a la crueldad,
el zorro es una zorra, la oca es un ganso.
La ternura alimentada con el miedo y el miedo
acariciado con una mano tierna.

*juego de palabras. Palabra polaca “pokój” tiene doble signficado. 1. sosiego/paz 2. cuarto/dormitorio

W MYM NIEPOKOJU

W mym niepokoju, w twoim pokoju
wilk i lis przystanęły nieruchomo:
Sarna w pół skoku, gęś w ćwierć krzyku
jak heraldyczne pary głoszące chwałę nieuchronnej śmierci.
Lecz to nie tak, moja miła, nie tak:
Jest w tym łagodność równa okrucieństwu,
lis jest lisicą a gęś gąsiorem.
Czułość sycona strachem i strach
głaskany czułą dłonią.


SÁBADO POR LA MAÑANA

Me despertó la lluvia. El porche oscureció
y resbalaba como una cubierta. No tuve
que asomar la cabeza fuera del saco de dormir para saber
que el camino se había convertido en un río.

Pensé en los antiguos veleros ferreteados de latón,
en las chatas barcazas que morían en la arena,
en los bergantines piratas que se pudrían en los muelles de la infancia,
en todos esos buques inactivos y dispuestos.

Me sacó del lecho un estruendo
poderoso como una ballena situada entre dos montañas.
Los buharros seguían desde lo alto el rastro de los peces.
Encendí una hoguera en medio de la isla y me convertí en un náufrago.
Y como hubiese hecho cualquiera, busqué entre mis recuerdos
un salmo más ruidoso que la tormenta.

Pero después me dije:
No hagas ruido. Tienes todo de lo que no disponía Crusoe.
Y a medio día me acosté, casi feliz,
porque mientras no bajasen las aguas, podría soñar con un rescate.

W SOBOTĘ RANO

Przebudził mnie deszcz. Weranda była pociemniała
i śliska jak pokład. Nie musiałem
wychylać się ze śpiworów, żeby wiedzieć
że droga zmieniała się w rzekę

Pomyślałem o starych żaglowcach okutych mosiądzem
o płaskodennych łodziach umierających w piachu
o pirackich brygach butwiejących na kei dzieciństwa
o wszystkich okrętach bezczynnych i gotowych

Wypędził mnie z legowiska grzmot
wielki jak wieloryb sadowiący się między wzgórzami
Myszołowy frunęły śladem ryb
Rozpaliłem ogień w środku wyspy i zostałem rozbitkiem
I jak każdy rozbitek, szukałem w pamięci
psalmu głośniejszego od burzy

Ale potem powiedziałem sobie:
Nie rób hałasu. Masz przecież wszystko, czego nie miał Crusoe
I w środku dnia poszedłem spać, niemal szczęśliwy
że póki wody nie opadną, będę mógł śnić o wybawieniu.

 

Traducción Ada Trzeciakowska (salvo Sábado por la mañana cuyo autor es Manel Bellmunt Serrano)


ANDRZEJ STASIUK (Varsovia, 1960 – , POLONIA)  es novelista, poeta, editor, crítico literario y viajero. Su enorme talento lírico y la capacidad de dotar a la vida de una dimensión metafísica le han convertido en uno de los referentes inexcusables de la nueva narrativa europea. Entre sus obras destacan, además de las novelas El mundo detrás de Dukla (Acantilado, 2003) y Nueve (1999, Acantilado, 2004), el ensayo Mi Europa (Acantilado, 2005), y las crónicas de De camino a Babadag (Acantilado, 2008) y Cuentos de Galitzia (2010).

Leave a Comment

Categorías